KOD | Berlin ◦ Köln

Jacek Żakowski – Piąta faza

Dr Maciej Bartkowski, dyrektor w waszyngtońskim Międzynarodowym Instytucie Konfliktu bez Przemocy, o ruchach społecznych i o tym, dlaczego same demonstracje nie wystarczą do obrony demokracji

Jacek Żakowski: – Pocieszy pan polskich demokratów?
Maciej Bartkowski: – A co im się dzieje?

KOD-owi się dzieje.
Coś nie tak?

Rozwala się i gaśnie.
To znaczy, że jest dobrze. W tej fazie z reguły zanika zdolność widzenia sukcesu i pojawia się poczucie bezsiły. Przychodzi wielki dołek. Tak musi być, jeśli ruch ma osiągnąć sukces.

By KOD osiągnął sukces, z demonstracji na demonstrację musi przychodzić mniej ludzi? Zarząd musi się kłócić? Muszą być frustracje i żale? W KOD i wokół KOD jest poczucie, że coś znów poszło nie tak. Wszyscy szukają winnych.
To normalne. Jedni się wycofują, a inni denerwują i każdy kogoś obwinia.

Normalne jest, że ruch się rozwala?
Normalny jest kryzys drugiego roku. Ruchy społeczne tak mają. To zawsze źle wygląda. A im bardziej gwałtowny jest wybuch, tym ten drugi rok jest cięższy. Bill Moyer opisał ten proces w latach 80. On prawie zawsze się sprawdza. Według Moyera to typowa piąta faza ruchu społecznego w ośmiofazowym cyklu.

Pół cyklu za nami?
W czasie to może różnie wyglądać, ale fazy są podobne. Najpierw jest cisza, choć problem już powstaje. W drugiej fazie grzechy władzy są nazywane przez coraz liczniejsze osoby. W trzeciej fazie problemy dojrzewają, a wraz z nimi rośnie gotowość do sprzeciwu. W czwartej fazie następuje wybuch społecznego protestu.

Do tego doszliśmy przez cztery miesiące od zaprzysiężenia prezydenta Dudy do pierwszej wielkiej demonstracji. Albo w miesiąc – licząc od powstania rządu Beaty Szydło.
Wybuch zwykle jest zaskakująco gwałtowny. Bo powstający w trzeciej fazie nawis niepokoju i gniewu przeważnie jest słabo widoczny. Ludzie się wkurzają, ale każdy osobno, więc nie wiedzą, jak wielu ich jest ani jak bardzo inni są wkurzeni. A potem drobny incydent, pozornie rutynowa decyzja władzy albo czyjś apel powodują ujawnienie nagromadzonej energii sprzeciwu. Skala często zaskakuje inicjatorów, uczestników, władze.

I powstaje ruch.
Jeżeli są ci, którzy wybuch próbują przekształcić w coś trwalszego. Moyer wyróżnia cztery role, które ludzie odgrywają w takich ruchach. Pierwsza to obywatel tworzący rzeszę uczestników. Druga to rebeliant. Trzecia to reformator. Czwarta to lider zmian. Każda z tych postaci ma cechy dla ruchu pozytywne i negatywne. Np. obywatel jest umiarkowany, przywiązany do wartości demokratycznych, aktywny społecznie. Ale istnieją też obywatele, którzy bardziej utożsamiają się z państwem niż ze społeczeństwem, bardziej służą władzy niż wartościom. Oni bywają dla demokracji groźni, bo włączają się w ruchy autorytarne. Ruch potrzebuje także rebeliantów, którzy mówią „nie”, kiedy łamane są prawa. Piętnują zło i koncentrują na nim publiczną uwagę. Ale bywają też negatywni rebelianci, którzy radykalizują się, gdy ruch jest w dołku. Negatywny rebeliant to często ideologiczny maniak, raczej wódz niż przywódca, czasem mały dyktator albo narcystyczny prowokator. Trudno mu zawierać kompromisy.

Na zebraniu pozytywny rebeliant powie: „Zaraz, zaraz, idziecie w złą stronę”. A negatywny rebeliant mówi: „Jak tak, to ja wychodzę!”?
Dokładnie. Na początku jest bardzo przydatny, a nawet bezcenny, i ma duże zasługi, bo wnosi masę energii i inicjuje działania, ale potem zaczyna być destruktywny. Często staje się prowokatorem, czyli faktycznie narzędziem przeciwników ruchu. Rozbija go od środka.

Doskonale pamiętam tę grupę z pierwszej Solidarności w 1981 r.
Ona jest ważnym czynnikiem w każdym powstającym ruchu, bo najpierw go aktywnie tworzy, a potem podobnie aktywnie niszczy. Jeśli ruch ma przetrwać i odnieść końcowy sukces, tym ważniejsza jest trzecia grupa, czyli reformatorzy. Reformator to człowiek mający zdolność używania istniejących kanałów czy instytucji przybliżających osiągnięcie celów ruchu – sądów, samorządów, referendów, instytucji międzynarodowych, związków zawodowych. W prawie każdym systemie są takie możliwości.

Ale reformator często zadowala się małymi celami. Nie myśli o zasadniczych zmianach. Skupiając się na utrzymaniu status quo w ruchu, dusi inicjatywę. Zadowalając się tym, co się udaje, nie widzi potrzeby robienia czegoś innego.

Wychodzą nam demonstracje, to róbmy demonstracje”?
A ruchy są zawsze w drodze. Nie warto zrywać z tym, co się udaje – póki się udaje – ale trzeba szukać nowych form. W tym reformatorzy zwykle nie pomagają. Zwłaszcza że mają tendencję do blokowania awansu nowych działaczy. To wytwarza naturalne napięcia między reformatorami a liderami zmian. Bo liderzy chcą przede wszystkim edukować.

Na przykład?
Pozytywnym przykładem jest Jerzy Owsiak, który umie pokazywać problemy dzieci czy osób starszych i zaproponować działania, do których ludzie się chętnie włączają. Ale tu też jest niebezpieczny rewers. Bo z taką postawą często łączy się utopijność wizji. Lider zmian często jest donkiszotem, który nie tylko wyznacza nierealny cel, ale też wybiera nierealne metody. Wielu takich liderów ma tunelowe wizje skupione na jednej sprawie. Jak KOD, który skupił się na sądownictwie, ze szkodą dla innych pól aktywności – dla oświaty czy ekologii. A lider zmian promujący tunelową wizję zawęża zasięg ruchu.

Czyli tak czy owak – porażka?
To zależy, czy te cztery postawy są w ruchu dobrze zrównoważone, bo wszystkie są potrzebne. I w ilu z tych czterech postaw dominują cechy pozytywne. Na początku to nie jest istotne. W pierwszych czterech fazach, kiedy wszystko się rodzi i idzie do przodu, decyduje łączący wszystkich entuzjazm. Liczy się tylko Sprawa, a sukcesy jednoczą. Ludzie myślą: „Jeżeli efekt jest dobry, to znaczy, że dobrze działamy. Nie warto się czepiać szczegółów”. Tak jest w każdym ruchu, który szybko rośnie i idzie do przodu.

Ale żaden ruch nie idzie wiecznie do przodu. W końcu pojawia się ściana.
Wtedy zaczyna się piąta faza, do której doszedł KOD. Entuzjazm może trwać kilkanaście miesięcy. A euforia nawet jeszcze krócej. Kilkanaście miesięcy po wybuchu pojawia się pytanie „co dalej?”.

Pamiętam to z pierwszej Solidarności. Jesień 1980 r. to była euforia. 10 mln idących za Wałęsą. A wiosną 1981 r. dla jednych Wałęsa był już zdrajcą, który odwołał marcowy strajk powszechny, dla innych był awanturnikiem i głupkiem, a uznawanym liderem pozostał może dla połowy członków.
To był początek końca moyerowskiej czwartej fazy.

A jej ostateczny koniec nastąpił latem 1981 r. podczas I Krajowego Zjazdu Solidarności, kiedy więcej energii szło na walki wewnętrzne niż na walkę z władzą.
To jest standard większości wielkich ruchów, które szybko odnoszą sukces mobilizacyjny, a potem stają w miejscu. Gaśnie euforia, pojawia się frustracja brakiem postępów.

Szarpiemy się, szarpiemy i co?”
Bardzo mało ruchów startuje z przekonaniem, że mają przed sobą długi marsz. Na ogół ludzie zakładają najwyżej kilkumiesięczny horyzont.

Zima wasza, wiosna nasza”.
Mniej więcej tak daleko sięga w takich chwilach ludzka wyobraźnia. A to niemal zawsze prowadzi do rozczarowania. Po kilkunastu miesiącach w społecznym zapleczu górę bierze pogodzenie i marazm. Wtedy ujawniają się wszystkie słabości i błędy, na które w okresie euforycznym mało kto zwracał uwagę. Dobrą aurę zastępuje zła aura. To wywołuje stres popychający ruch do kolejnych błędów. Jedne błędy wymuszają następne.

Spirala śmierci?
Każdy zwycięski ruch musiał ją pokonać, by przejść do szóstej fazy, w której następuje pozyskanie nowych ludzi dla ruchu i włączenie większej części społeczeństwa do walki. Wcześniej konieczny jest przegląd taktyki. Bo metody, które na początku dawały doskonałe efekty, z czasem przestają się sprawdzać. Przeciwnik je dobrze zna i może im przeciwdziałać. Ale trudno zerwać ze starymi metodami, bo wiele osób utożsamia je z ruchem i się od nich uzależnia.

Jak pierwsza Solidarność uzależniła się od strajków.
A KOD od wciąż zwoływanych masowych demonstracji. W piątej fazie wiadomość, że coś trzeba zmienić, przebija się i zaczyna się spór o to, co konkretnie.

Lub „kogo?”.
Często pytanie „kto z nas szkodzi?” pojawia się jako pierwsze. Bo jest najłatwiejsze. A przeciwnicy zwykle dwoją się i troją, żeby podsunąć odpowiedź. Wewnętrzna walka jest niemal nieuchronna.

W pierwszej Solidarności po roku już buzowało. W KOR rok po Radomiu trwała już walka między środowiskiem Kuronia a grupą Macierewicza.
To jest cena przejścia od mobilizacji krótkoterminowej do fazy strukturyzowania się ruchu, który odniósł jakieś pierwsze sukcesy i zaczyna rozumieć, że teraz ma się przygotować do prowadzenia długotrwałej batali, która wymaga zdobycia poparcia większości.

Wtedy największym problemem stają się rebelianci. Trzeba się przygotować na to, że w piątej fazie wielu z nich jest skłonnych wyjść z ruchu, by podjąć bardziej agresywne działania. Mówią ludziom, że ruch jest zbyt tchórzliwy albo zbyt leniwy i więcej nie osiągnie, więc trzeba zacząć prawdziwą walkę.

Pierwsza Solidarność miała obok siebie Solidarność Walczącą Kornela Morawieckiego.
Takie secesje wyglądają fatalnie, ale mogą być pożyteczne, bo działając osobno, umiarkowani i radykałowie sobie nie przeszkadzają. A ruch, który chce być masowy i zdobyć poparcie większości, zawsze musi być umiarkowany. Ale z drugiej strony radykałowie, którzy pokojowymi metodami działają osobno, obnażają prawdziwą naturę władzy i sprzyjają wzrostowi poparcia dla umiarkowanego ruchu.

Dla KOD takim rebelianckim odłamem są Obywatele RP.
To nie jest problem. Problemem są w takich sytuacjach reformatorzy, którzy pozostając w ruchu, coraz bardziej upierają się, że tylko ich droga jest słuszna. Taki jest chyba Kijowski i taki był Wałęsa. Pojawia się lęk przed oddolnymi inicjatywami, bo jest ryzyko, że będą zbyt radykalne albo rozbiją jedność. Zaczyna się problem, bo ani radykalizacja, ani kontynuacja nie pozwalają przejść do szóstej fazy, czyli do zdobywania poparcia większości. Większość trzeba mobilizować wokół wartości i programu naprawczego, za jakimi stoi ruch. A człowiek, który umiał wezwać do strajku albo poprowadzić wiec, niekoniecznie będzie dobrze organizował samopomoc lub samokształcenie. Szósta faza wymaga innych kompetencji przywódczych niż piąta. A ludzie się tak szybko nie zmieniają, nie uczą się z dnia na dzień. Dlatego między innymi piąta faza bardzo często jest długa i nużąca.

Wieloletnia?
Tak bywa, kiedy przywództwo nie potrafi się zmienić. Zwłaszcza że przeciwnik nie śpi. Jak może, podsyca wewnętrzne napięcia, by nie pozwolić ruchowi przejść do szóstej fazy.

W peerelowskim ruchu inteligencji katolickiej to trwało latami.
Im bardziej autorytarna jest władza, tym łatwiej jej utrzymać ruch w piątej fazie. A społeczeństwo przeżywa dysonans. Bo może nawet większość chciałaby poprzeć taki ruch, ale nie ten skłócony, z takim przywództwem, z coraz mniej atrakcyjnymi formami działania. Dramat polega na tym, że bardzo często taki wizerunek się utrwala i stabilizuje, bo ruch nie potrafi się zmienić. A nie potrafi się zmienić, bo zamiast myśleć o marszu do przodu, wciąż żyje chwałą wybuchu, z którego się wywodzi.

Pierwsza Solidarność nigdy nie odbudowała nawet połowy początkowego poparcia.
W piątej fazie kluczowe jest pytanie o cel. Przejście z piątej do szóstej fazy staje się możliwe, kiedy ruch przestaje się koncentrować na zwalczaniu władzy i koncentruje się na zdobyciu, a potem utrzymaniu poparcia większości społeczeństwa.

W Polsce z grubsza 30 proc. popiera władzę, ok. 30 proc. popiera opozycję, a reszta jest neutralna.
I o tę resztę lub jej dużą część ruch musi walczyć, jeżeli chce wygrać. Koncentrując się na walce z władzą, umacnia neutralnych w ich neutralności.

KOD ma nie walczyć z władzą PiS?
Jeśli chce się wyjść z piątej fazy, nie wolno się fiksować na władzy. Po pierwsze, trzeba myśleć, jak zmieniać społeczeństwo, już teraz i jak przekonać do siebie tych, którzy jeszcze nie popierają KOD, ale z PiS też nie jest im po drodze. Po drugie, trzeba myśleć o tym, co będzie, gdy już ta władza upadnie. Jeśli zamiast na rządzących ruch skoncentruje się na społeczeństwie, to jednocześnie zmobilizuje je do walki i stworzy społeczny kapitał, dzięki któremu następna władza będzie lepsza, a nie tylko inna.

Na czym ta koncentracja miałaby polegać?
W polskiej tradycji to się nazywa „praca organiczna”. Chodzi o przedsięwzięcia samokształceniowe, samopomocowe, kulturalne, lokalne, środowiskowe, które dając ludziom konkretne korzyści, przyciągają i budują możliwie gęste więzi. Społeczeństwo, które ma świadomość i więzi, potrafi się bronić przed złą władzą i zastępować ją lepszą. Bo samo obalenie złej władzy nie gwarantuje poprawy.

Po pomarańczowej rewolucji w Ukrainie w 2004 r., po rewolucji w 2011 r. w Egipcie czy w historii Ameryki Łacińskiej widać, że ulga po obaleniu złej władzy może być chwilowa, bo szybko może przyjść jeszcze gorsza.
Dlatego w piątej fazie tak ważne jest budzenie obywateli i budowanie obywatelskich nawyków.

Na przykład?
Czy dziennikarze, urzędnicy, prokuratorzy, których PiS masowo wyrzucił z pracy, dostali znaczące egzystencjalne wsparcie od swoich słuchaczy, widzów, kolegów, związków zawodowych, biznesu? Czy KOD albo ktoś inny to organizował? Czy powstał system pomocy ofiarom tej władzy? Czy jest wystarczająco widoczny, by ludziom stawiającym opór dawać poczucie bezpieczeństwa, a społeczeństwu pokazać, co naprawdę dla KOD znaczy ludzka solidarność? To nie jest tylko kwestia walki ze złą władzą teraz. To jest kwestia przyszłego społecznego ładu. Czy powstają zalążki takiego ładu, który wciela wartości ruchu i w przyszłości nie stworzy pokusy popierania autorytarnej władzy?

Rośnie determinacja, żeby następna władza ukarała łamanie prawa przez obecną władzę.
To na niewiele się zda, jeżeli duża grupa ludzi będzie chciała autorytarnych rządów. Jak jest popyt, pojawia się podaż. Teraz jest wielu ludzi, którzy wolą taki autorytaryzm, jaki w Polsce powstaje, od takiej demokracji, jaka była wcześniej.

Trzeba więc zacząć od samego dołu. Od rad osiedli, rad rodziców w szkołach, lokalnych grupek działających na rzecz swoich społeczności w bardzo przyziemnych, niepolitycznych sprawach. Żeby przez konkretne działania promować demokratyczne, obywatelskie wartości, takie jak samorządność, pluralizm, tolerancja. Demokracja zakorzenia się tylko wtedy, kiedy jest wcielona w tym, co każdego bezpośrednio dotyka. Bardzo ważny jest system usług pomocowych dla wszystkich poszkodowanych przez system. Nie tylko dla zwolnionych z pracy ze względów politycznych, ale też np. dla dzieci i nauczycieli dotkniętych zmianami w oświacie.

W Polsce, poza sytuacjami bardzo spektakularnymi, odruchy solidarnościowe są dramatycznie słabe.
To osłabia szanse zbudowania trwałej demokracji. Ale Owsiakowi jednak udaje się wywołać takie postawy.

W tym roku, kiedy władze wyjątkowo brutalnie zaatakowały Owsiaka, WOŚP zebrała o połowę więcej pieniędzy niż rok temu.
Właśnie, to klasyczny rykoszet polityczny. Pokojowy ruch brutalnie atakowany przez władzę bardzo na tym korzysta, szczególnie jeżeli dla społeczeństwa jest jasne, że ataki są nieusprawiedliwione. Dlatego w piątej fazie jest tak istotne, żeby ruch jak najszybciej usunął wszystkie nieprawidłowości, które narastały w euforycznej czwartej fazie. Jeżeli usuwanie nieprawidłowości będzie się przeciągało, ataki władzy będą odbierane jako usprawiedliwione i ugruntuje się społeczna niechęć wobec ruchu.

I odwrotnie – mało co tak dobrze mobilizuje obojętnych, by się włączyli do ruchu, jak krzywda zadawana przez władzę. Ale KOD ma problem, bo zarzuty władzy wobec Kijowskiego są uwiarygodniane przez ważne postacie ruchu. Ataki na Owsiaka nigdy nie dostały takiego wsparcia z wnętrza WOŚP. Także dlatego Orkiestra na atakach ze strony władzy zyskała, a KOD na nich traci. Ale równie ważna jest otwartość na inicjatywy. Orkiestra to rodzaj konfederacji bezliku lokalnych inicjatyw możliwych dzięki wsparciu centrali. A KOD to w społecznej optyce przede wszystkim sieć wsparcia dla wielkich demonstracji organizowanych przez centralę w Warszawie. To zasadnicza różnica. Struktura zdecentralizowana, oparta na oddolnej inicjatywie, ma większą moc mobilizowania i przyciągania. Dzięki takiej strategii trudno jest Owsiakowi zarzucić, że dzieli Polaków. A KOD wciąż się z takim zarzutem zmaga.

Jak ktoś zbiera pieniądze na leczenie dzieci, trudno mu zarzucić, że „dzieli Polaków”.
Czyli trzeba cele polityczne uzupełnić wsparciem inicjatyw mających cele społeczne, które jednoczą i są mało kontrowersyjne. Ekolodzy ratują świat, ale skuteczność i masowe poparcie zyskują, gdy mówią o zdrowej żywności, smogu, katastrofach naturalnych, które ludzi bezpośrednio dotyczą. A jak to się stało, że z małej inteligenckiej grupki KOR po paru latach wybuchła wielka Solidarność? Przez konkret. Obrona robotników, walka o ich sprawy w sądach i zakładach – to mobilizowało.

I błędy władzy.
Gdy władza jest dobra, nie ma się o co z nią spierać. Ruchom zawsze chodzi o zmianę tego, co złe. Trzeba dobrze rozumieć, co ludziom najbardziej przeszkadza, i na tym się koncentrować.

To samo robią partie.
Partie walczą o władzę, a ruchy walczą o społeczeństwo i o to, co władza ma robić. Greenpeace nie rozwiązuje się, kiedy do władzy dochodzą Zieloni. Każdej władzy trzeba pilnować. Nie jest ważne, kto rządzi. Ważne, by rządził dobrze i budował dobre społeczeństwo. Tu zawsze trzeba coś poprawiać. Jest bardzo istotne, żeby nie powstało wrażenie, że ruch walczy o stołki czy kariery dla swoich liderów albo dla ich kolegów w partiach. W piątej fazie to jest szczególnie istotne, bo wtedy wszystkie zarzuty łatwo się przyklejają do ruchu. Dlatego ważne jest, żeby ruch wyraźnie różnił się od partii.

Kiedy źródłem zła jest działanie jednej partii i trzeba z nią walczyć, łatwo dostać łatę przybudówki tych partii, które z nią konkurują.
Dlatego zawsze trzeba mówić o sprawach. Protestować trzeba przeciw czemuś, nie przeciwko komuś. I za jakimiś rozwiązaniem, nie za czyimś rozwiązaniem. Ruch musi być merytoryczny, a nie polityczny. Amnesty International czy Greenpeace dają dobre wzorce. Walcząc o sprawy, można organizować bardzo różne grupy, które będą się nawzajem wspierały. Sędziów, naukowców, biznes, konsumentów, rolników, studentów.

Biznes nie jest w Polsce odważny. Woli trzymać się z boku.
Pojedynczo trudno być odważnym. Każde środowisko musi dojrzeć do zbiorowego oporu. Ale nawet sycylijski ruch antymafijny w pewnym momencie osiągnął taką skalę, że biznes się odważył i sklepy zaczęły masowo umieszczać naklejki, że nie płacą haraczu. Bo właściciele wiedzieli, że nie są samotni, że inni też zebrali się na odwagę i że klienci ich poprą. Jeśli biznes wie, że staną za nim prawnicy, konsumenci, inwestorzy, inni przedsiębiorcy, silne organizacje, to zaczyna zdobywać się na odwagę i sprzeciw. Bardzo mało jest osób mających odwagę protestować samotnie.

Jak przejść społeczną smugę strachu?
Najlepiej przez przykład. Ale też przez integrację. Protestują sędziowie – ich reprezentant może być we władzach ruchu. Protestują nauczyciele – dlaczego ich przedstawiciel nie ma być częścią ruchu i jego struktur. I protestujący rodzice. I organizacje dziennikarzy, naukowców, artystów, samorządowców, pielęgniarek, lekarzy, którzy są w sporze z władzą. Gdyby to się udało, może powstałaby także grupa „biznes dla demokracji”. Jeżeli ta władza jest nie do zniesienia, to się może udać.

To brzmi bardziej jak projekt Konfederacji Obrońców Demokracji niż jak plan działania dla stowarzyszenia pod nazwą Komitet Obrony Demokracji. Myśli pan, że KOD powinien się stać czymś w rodzaju konfederacji protestujących grup i środowisk branżowych?
To jest nieuniknione, jeżeli celem jest zdobycie trwałej większości nie tylko dla odsunięcia obecnej władzy, ale też dla stworzenia bariery uniemożliwiającej jej powrót. Pewnie PiS przegra i bez tego, bo sam rzuca sobie kłody pod nogi. Ale jeżeli nie powstaną nowe mechanizmy społeczne, zwycięstwo demokracji może być krótkotrwałe.

Teoretycznie KOD ma wyznaczony horyzont czasowy. Za półtora roku wybory samorządowe. Za dwa i pół roku parlamentarne. Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy KOD zdąży się pozbierać. Jak długo przeciętnie taka smuta trwa?
W studiach nad walką bez przemocy wyodrębnia się kampanie, ruch i walkę. Z kampaniami sobie radzimy – tydzień, dwa, trzy dajemy radę. Strajk, demonstracja, powstanie – tu mamy praktykę. Ruch to już jest przedsięwzięcie na lata. Z tym też jeszcze jest nieźle. Ruch Solidarności dał radę. A z walką mamy kłopot, bo to jest sprawa dekad. Walka o zbudowanie w Polsce społeczeństwa demokratycznego, na tyle silnego, aby zapobiec poślizgowi niedemokratycznemu, nie skończy się przecież za trzy ani za pięć lat.

A kiedyś się skończy?
Walka o emancypację kobiet trwa sto lat i się nie skończyła. Walka o demokratyczne społeczeństwo w Ameryce trwa 200 lat i amerykańska demokracja ciągle się z czymś boryka. A walka Solidarności o dobre społeczeństwo zgasła kilka lat po osiągnięciu pierwszego celu ruchu, jakim było obalenie w Polsce komunizmu. Na początku ta część Solidarności, która nie weszła do władzy, bardzo aktywnie starała się ją kontrolować. Jan Kubik i Grzegorz Ekiert policzyli, że na początku lat 90. w Polsce było więcej społecznych protestów niż pod koniec lat 80. Czyli po odniesieniu sukcesu społeczeństwo było jeszcze zmobilizowane. Ale gdzieś w 1993 r. oklapło. Ludzie przestali się interesować. Zajęli się swoimi sprawami. Jeżeli to się powtórzy po odsunięciu PiS, to wróci cały cykl oddalania się od demokracji.

Nie znam nikogo, kto by się nad tym teraz zastanawiał.
To fatalnie. Ludzie w Polsce chyba nie całkiem rozumieją, że demokracja to system, który najpierw trzeba sobie wywalczyć, a potem trzeba nieustannie walczyć, żeby go nie stracić. Do tego trzeba się teraz przygotowywać. To też może mobilizować ludzi do działania. Na przykład przez tworzenie w całym kraju grup eksperckich, które będą pracowały nad różnymi reformami. W każdym regionie mogą być grupy otwarcie i publicznie pracujące nad zmianami, jakie trzeba będzie wdrożyć po PiS. Jedni mogą pracować nad oświatą, inni nad nauką, jeszcze inni nad sądami. Grupy obywatelskie można z łatwością powołać na Facebooku czy w innych mediach społecznych. We wspólne myślenie o każdej takiej reformie można zaangażować setki osób, żeby za rok czy dwa KOD mógł przedstawić swoje propozycje partiom politycznym, które będą miały szanse wejść do Sejmu.

A potem kontrolować, czy nowa władza robi to, co obiecała. Zresztą można już teraz tworzyć alternatywne instytucje.

Na przykład?
Na przykład sędziowie, którzy wchodzili w skład Trybunału Konstytucyjnego, mogą stworzyć grupę, która będzie wydawała orzeczenia w sprawach rozstrzyganych przez pisowski trybunał. Żeby ten trybunał musiał się za każdym razem mierzyć z decyzją politycznie niezależnego gremium. I żeby obywatele wiedzieli, jakie by prawdopodobnie było rozstrzygnięcie, gdyby trybunał działał prawidłowo.

Nie wiem, czy sędziowie chcieliby ryzykować, że władza zabierze im sędziowskie emerytury, czyli stan spoczynku, uznając, że podjęli działalność polityczną.
Jak nikt nie będzie chciał nic zaryzykować, to żadnej demokracji nie będzie. Dlatego trzeba organizować się solidarnościowo. Zabiorą emerytury? Więc trzeba zmobilizować obywateli do zbiórki na rzecz poszkodowanych sędziów. Władza dostanie rykoszetem. Jeżeli sędziowie nie spodziewają się takiego solidarnego odruchu, dlaczego mieliby ryzykować? Można też pomyśleć o niezależnej oświacie uzupełniającej albo prostującej to, co PiS wpisze do programów szkolnych. Tu Polacy mają ogromne doświadczenia. Może by się sprawdziły niewidzialne otwarte gimnazja oferujące komplety z niektórych przedmiotów. Ważne, żeby były widoczne lepsze alternatywy dla działania złej władzy.

Niech mi pan jeszcze powie, że to się wszystko uda i za mojego życia przejdziemy do fazy siódmej, czyli do zwycięstwa, a potem do ósmej, czyli do normalnego działania w Polsce, która stanie się wzorem demokratycznego kapitalizmu.
Nie wiem, czy wzorem, ale w ciągu dekady może się stać niezłą demokracją obywatelską, a w ciągu dwóch–trzech dekad może być demokracją dobrze zakorzenioną w społecznej praktyce. Taką, gdzie społeczeństwo jest niezależne od władzy, samozorganizowane, w miarę zjednoczone wokół podstawowych wartości demokratycznych, z dużym kapitałem społecznym, który jest podstawą tolerancji, solidarności, równości i sprawiedliwego prawa.

Damy radę?
Trzeba się będzie trochę napracować. Ale jest nadzieja, że po PiS może być więcej chętnych do tego wysiłku. Nigdzie demokracja się sama nie broni. I nigdy nie można będzie przestać jej bronić.

 

rozmawiał Jacek Żakowski

Dr Maciej Bartkowski jest dyrektorem Edukacji i Badań w waszyngtońskim Międzynarodowym Instytucie Konfliktu bez Przemocy. W Johns Hopkins University wykłada strategię oporu bez przemocy. Jest m.in. redaktorem „Rediscovering Nonviolent History. Civil Resistance in Liberation Struggles and Nation-Making”.

Advertisements
%d Bloggern gefällt das: