http://wyborcza.pl/1,76842,20624345,bez-wroga-to-tylko-sie-zabic-czyli-co-nam-przeszkadza-normalnie.html

Od dziesięciu lat pokazuję Polskę moim znajomym z Berlina. Staram się patrzeć uważnie na mój kraj. Pokazywać transformację bez retuszu. W tym roku nie mogę jednak ukryć zachwytu! Wszystko mi się podoba! Zostaje tylko żal, że mentalność się nam nie zmienia, bo tkwi w nas coś, co nie pozwala normalnie żyć.

Prawdziwe wakacje emigrantki w nieprawdziwym świecie, w kraju raju

Lato 2016. Jadę przez Polskę. Z Berlina do Torunia przez Mazury, Warszawę, Katowice, Podlesice, Kraków i Świnoujście. Jadę pociągami, składem pamiętającym komunę, składem z okresu przełomu i składem de luxe z funduszy unijnych. Do połowy trasy jedzie ze mną 25-osobowa grupa niemiecka, potem już pruję sama. Z północy na południe i znowu na północ. Przejechałam Polskę w literę V, jak Viktora. Od dziesięciu lat pokazuję ją moim znajomym z Berlina. Jeżdżą ze mną Niemcy, Anglicy, Kanadyjka i Japonka. Raz w roku na pięć dni. Amatorsko.

W tym roku wszystko mi się podoba! I wypucowany Toruń, i gospodarstwo ekologiczne „Kozia Farma“ na Mazurach, i pyszne i drogie jak cholera jedzenie w warszawskich knajpach, i hipsterskie klimaty na ulicy Dolnych Młynów w Krakowie, i koszenie trawnika na wsi w Podlesicach, i zimny wiatr w Świnoujściu. Podobają mi się rozmowy z przypadkowymi ludźmi, z sąsiadami, z rodziną, nić porozumienia z przyjaciółmi, lektury, dyskusje o książkach. Podoba mi się zapach koszonej trawy, jem niedobre gruszki prosto z drzewa i szczęście mnie rozpiera. Nigdzie nie widzę agresji, nie czytam prasy w internecie i oddycham na luzie. Ale kilka rzeczy mnie zastanawia.

Czym jest Polska dzisiaj, czym będzie jutro?

Dlaczego w Polsce tak nienawidzimy polityków? Rozmyślam długo. Jak patrzę na polską scenę polityczną, to widzę twarze znane mi z ulic, tramwajów, pociągów. To są osoby, które siedzą obok i piją kawę na dworcu, lotnisku. To są osoby, które łamią przepisy na polskich drogach, lokalni działacze, którzy uprawiają prywatę i dają kontrakty swoim kolegom. To jesteśmy my, Polacy. Jedna rodzina. Starsi czy młodsi.

My wybieramy takich ludzi do rad gminy, miasta, do władz wojewódzkich, do Sejmu. Wolimy znane zło. Sami jesteśmy za siebie odpowiedzialni. Te same, od dawna zepsute twarze. Twarze, na których widać nieuczciwość, cwaniactwo i grzech pychy. To my śmiejemy się z głupoty polityków. To popularni dziennikarze zapraszają do telewizji ludzi, którym oddają arenę w zamian za widowisko dla gawiedzi. Sami z siebie się śmiejemy.

Nie pamiętam, czy kiedykolwiek w spontanicznej dyskusji usłyszałam jakieś pozytywne zdanie na temat „tych z Warszawy“, czyli z Sejmu. Pogardzamy tymi, na których oddaliśmy głos. Pogardzamy sobą i nawet tego nie widzimy. Dostrzegam wyraźnie ten wzór na tapecie pamięci.

Pamiętam taksówkarza w Szczecinie, który zdenerwowany na wiadomości radiowe krzyczał do mnie: „Sami złodzieje rządzą w tym mieście!“. Na moją odpowiedź: „Jaki naród, tacy politycy“ o mało mnie nie wyrzucił z samochodu, z wyraźnym wstrętem policzył za dużo i dowiózł mnie na dworzec PKP. Pamiętam rozmowę z kolegą, który krzyczał, że jego szef okrada ludzi, bo płaci mu pod stołem a sobie stawia już drugi, wypasiony dom. Zapytałam go, czy gdyby to była jego firma, to płaciłby ludziom uczciwie? Po chwili odpowiedział, że nie, bo by go ZUS zjadł. Pamiętam syna bogatych rodziców, który darł się na wprowadzenie nowych przepisów podatkowych, na okradanie go z jego pracy. Zapytałam, czy jego rodzice zawsze płacili uczciwie podatki. Odpowiedział, że chyba jestem nienormalna, nigdy by się niczego nie dorobili w tym złodziejskim kraju i że emigracja zryła mi mózg doszczętnie i mam nie udawać dziewicy.

Postanowiłam rzeczywiście nie udawać dziewicy, bo faktycznie 20 lat temu napisałam na krzywy ryj chyba z pięć prac magisterskich i prawie całe dwa doktoraty. Na swój doktorat zabrakło mi motywacji. Cnota utracona.

Pamiętam sytuację w Starachowicach. Prezydentem miasta był człowiek skazany za łapownictwo i nakłanianie do fałszywych zeznań. Człowiek, którego nieuczciwość została dowiedziona przed sądem, a opinia była taka: „On się już nachapał, to da innym“ i referendum odwołujące go ze stanowiska było nieważne z powodu niskiej frekwencji.

Tacy sami byliśmy już stulecia temu. Mamy tylko garnitury i koszule innego kroju. Mentalność została taka sama. Nie uważam, że komunizm po ’45 roku nas tak potwornie zmienił. Nie ma większego chama, jak przyjdzie z chłopa na pana. To nie jest nowe przysłowie. Nie mamy żadnych narzędzi, wiedzy, by zrozumieć skąd się wziął sukces krajów, którym zazdrościmy.

Czego nauczyłam się od Niemców?

W Niemczech nauczyłam się autentycznego szacunku do odmiennych poglądów. Moi przyjaciele w większości mają poglądy lewicowe (co jest zrozumiałe, frakcja konserwatywna rzadko przyjaźniłaby się z Polką). Ja mam poglądy liberalne (dla przyjaciół nieakceptowalne) i godzinami dyskutujemy. Moja przyjaciółka nie znosi Merkel, nigdy nie oddała głosu na CDU ani CSU (jest z Bawarii) i mówi: „Wierzę, że ona chce dobrze dla Niemiec, ona ciężko pracuje“, było to przed kryzysem migracyjnym, teraz ma o niej nieco lepsze zdanie, ale głos odda i tak na Zielonych. Dziwi mnie to, bo o politykach z długoletnim stażem, oderwanych totalnie od rzeczywistości wielu mówi „to profesjonaliści, nowi musieliby się wszystkiego uczyć“.

W Bawarii rządzi ta sama partia od 1957 roku! Kosmos! Przypominam, że to był bardzo biedny chłopski land, wzbogacił się po wojnie dzięki mądrej polityce wyrównywania szans. Teraz nie za bardzo chce się dzielić z Berlinem. Ale widać w tym jakąś refleksję nad wyborem, tego się tam nie robi byle jak. Niemcy kierują się w wyborach większą rozwagą.

Niemcy to kraj targany wieloma kryzysami, tak jak i cała Europa. Ma niesprawiedliwy system podatkowy i niesprawiedliwie dzieli pomoc socjalną. Czasami myślę, ze dopóki nie upadną, to się nie obudzą. Dziwny to kraj. Dziwna jest też i Polska. Siedzimy w środku Europy razem, sklejeni wspólną granicą i uprzedzeniami.

Jak zmieniła się Polska?

Tymczasem na początku sierpnia popijamy piwo w pięknej knajpie we wsi Podlesice i rozmawiamy o tym, jak niesamowicie zmieniała się Polska w ciągu ostatnich 26 lat. Wspominamy nasze małe miasteczko Żarki, w którym robiliśmy maturę i spacery po zarośniętym cmentarzu żydowskim. Wspominam moją wizytę w Warszawie w 1987 roku, gdzie stałam w kolejce na wystawę w Zachęcie „4 x Paryż“ i emocje, jakie wywołało we mnie to wielkie ponure miasto. Wspominam studia na Uniwersytecie Śląskim i godziny w Bibliotece Śląskiej, w pięknym modernistycznym budynku, w którym teraz mój przyjaciel ma najpiękniejszą pracownię malarską, jaką kiedykolwiek widziałam.

Katowice w roku 1990 były miastem bez rynku, ale pełnym ludzi na ulicach. Miastem, w którym było mnie stać na coś luksusowego, czyli na frytki w McDonaldzie. Było brzydko i w Warszawie, i w Katowicach, i w Częstochowie, i w Bielsku, i w Sosnowcu.

Parę lat temu robiłam zdjęcia w Katmandu. Zdjęcia jatek rzeźniczych i mięsa sprzedawanego z brudnych stolików, gazet. Dopiero oglądając je w domu, uświadomiłam sobie, że przecież w latach 90. tak samo sprzedawano i u nas rąbankę prosto z żuka i pakowano w gazety. To, co wydawało mi się egzotyką, było tylko zapomnianym pejzażem dzieciństwa.

Szybko zapomnieliśmy, gdzie byliśmy

Gdy oglądam na filmikach demonstracje młodych z ONR, kiboli z aspiracjami nacjonalistycznymi i słyszę piosenki, obelgi, wyzwiska, wykrzykiwane przez 20 latków hasła o komunie, zdrajcach narodu i równocześnie błogosławiących ich księży katolickich, to myślę sobie to i moja wina. To jest pokolenie, które urodziło moje pokolenie. Ich rodzice są po czterdziestce, koło pięćdziesiątki. Oni całe dorosłe życie przeżyli w wolnej i demokratycznej Polsce.

To moje pokolenie nie dało rady nauczyć swoich dzieci, że wolność i demokracja to podstawowe wartości i gwarant życia w pokoju i że to jest wielka wartość, większa niż samochód i duży telewizor. Że Unia Europejska nie jest winna wszystkich przypisywanych jej grzechów, nie jest wrogiem naszej suwerenności, nie jest obcym ciałem.

Jesteśmy w elitarnym klubie, jak Niemcy

To moje pokolenie nie może uwierzyć, że my już jesteśmy w tym najbardziej elitarnym klubie na świecie i waląc w UE, bijemy w siebie, bo jesteśmy współgospodarzami. Mamy mieszkanie i rozwalamy naszą kamienicę. Niektórzy tego nie rozumieją do dzisiaj, tak jak nie rozumie tego ich duchowy przywódca. Dla niego i jego akolitów Unia to ciało z nowotworem. Młode pokolenie jest bardziej konserwatywne i ultrakatolickie niż ich rodzice.

Tak samo ma turecka młodzież, którą uczę w Berlinie. Tylko religia inna. Mama bez chustki, a córki całe zakutane od stóp do głów plus obowiązkowy arogancki uśmiech i spojrzenie tych, którzy znają jedyną prawdę. Nasza katolicka młodzież to ta sama liga. Mają więcej ze sobą wspólnego niż ze mną.

Ci młodzi agresywni chłopcy to mięso armatnie. Chyba nic nowego. Nowe jest to, że są tak dobrze odżywieni. Ludziom myślącym jak niewolnicy wolność nie będzie smakować. Nie umieją się zdefiniować w nowej rzeczywistości, nie umieją być uczciwi bez bata nad głową. Nie umieją sublimować frustracji. I z tym i Niemcy, i my mamy problem.

Jak żyć w świecie bez wrogów?

Świat bez wroga jest straszny, przerażający, bez wroga jesteśmy samotni i nasze lęki egzystencjalne nie znajdują ujścia. Bez wroga to tylko się zabić. Bez wroga nie ma winnego. Autodestrukcja, czyli zwykłe pijaństwo i religijność rytualna, to nasze polskie czary. Chodzimy z obrazem i wielu widziało Matkę Boską w smugach brudu na oknie czy uwierzyło w obecność ciała lub krwi w winie czy hostii. Na pohybel nauce. Nie jesteśmy wyjątkowi. W wielu krajach tak mają, np. w Meksyku.

Polacy nie interesują się polityką, choć mają na każdy temat opinię. Nie mają podstawowej wiedzy o mechanizmach demokratycznych i nie chcą mieć tej wiedzy, jak pokazują wyniki matur. W 50% proc. nie chodzą na wybory, bo wszystko im jedno, który złodziej rządzi. Nie czytają książek, bo po co, skoro szkołę już skończyli. Znam nauczycieli, którzy nigdy nie przeczytali czegoś dla przyjemności, a nie do pracy. Nie mają takiej potrzeby i ich to nie krępuje. Taki nauczyciel niczego nie nauczy, nic nie wskaże, nikogo nie zainspiruje, ale zarobi na emeryturę. Dobre i to. Część uczniów i tak niczego nie oczekuje, ściągając pilnie na klasówkach. Który z polityków mówi, jaką książkę ostatnio przeczytał? Sztafeta pokoleń i bylejakości biegnie dalej.

To my budujemy sobie taki kraj, na jaki zasługujemy. Potrzebujemy mądrych ludzi w Sejmie, a wybieramy cwanych. Potrzebujemy mądrej polityki zagranicznej, najmądrzejszej polityki finansowej, a zaufaliśmy amatorom. Jak nam zabiorą dotacje, to będzie krzyk i wrzask. Pewne jak w banku. Jak zostawią, to po to, by na naszej krzywdzie zarobić. Zawsze źle. Lubimy piekło.

Nie ma dla nas ratunku?

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, sami sobie oplujemy buty. Naszą polską śliną. A w niedzielę wieczorem wsiądziemy do pociągu relacji Szczecin – Berlin, Kostrzyn – Berlin, Frankfurt nad Odrą – Berlin itd., by w poniedziałek rano sprzątać i remontować niemieckie mieszkania i miło się uśmiechać do wrednej pracodawczyni „prawdziwej Niemry“. Znamy reguły tej patologicznej zabawy w przerzucanie odpowiedzialności na innych. Czasami myślę, że nie ma dla nas ratunku. Nie ma zbawienia od głupoty i agresji. Ktoś na tym wygra, ale to nie będziemy my jako społeczeństwo, jako kraj.

My jesteśmy już na marginesie, nikt nie będzie za nami płakał. To, co pozostanie, to interesy. Deser dostaną ci przewidywalni. Byliśmy u stołu, już witaliśmy się z gąską. Jednak przegrać jest tak znajomo, wygrywać się wstydzimy. Wygrana byłaby podejrzana. Musiałby stać się cud, byśmy w następnych wyborach podnieśli opasłe cielska i ruszyli do urn i wybrali mądrzej, powyżej swoich kompetencji. Wydaję w Polsce swoje pieniądze, od polskich gazet i wiadomości zaczynam zawsze dzień. Berlin to nie zagranica. To Europa, a Europa to moje miejsce na ziemi.

Urszula Ptak, Berlin
Advertisements