Dlaczego jestem w KOD?

Należę do pokolenia 40 latków, tych którzy byli przez ostatnie dwadzieścia lat zajęci sobą, karierą, rozwijaniem swojej osobowości, talentów, poszukiwali nowych wyzwań, podróżników po świece. Doznaję nieustannego zachwytu, że mogę jechać w dowolne miejsce na ziemi i zobaczyć jak żyją ci, których znałam tylko z ilustracji w podręcznikach drukowanych na smutnym papierze złej jakości.
Należę do tych, którzy biegają do muzeów i do tych, którzy lubią wypić kawę i popatrzeć na ludzi idących ulicą. Należę do tych, co lubią walnąć się na kanapę i przeczytać książkę w deszczowe popołudnie.

Jestem dzieckiem, które wyrosło w biedzie PRL-u i o tym nawet nie wiedziało. Jestem dzieckiem, które matematyki uczyło się na kartkach żywnościowych. Obliczałam na ile dni starczy mi wyrobów czekoladopodobnych. Byłam w rozpaczy jak wiele lat później mój przyszły ex-mąż powiedział mi, że czekolady enerdowskie były podłej jakości a ja pamiętałam mój dziki zachwyt ich smakiem w 86 roku.
Jestem dzieckiem swojego pokolenia. W sytuacji konfliktu jestem zorientowana na rozwiązanie problemu a nie dobicie przeciwnika. Dobijam tylko na wyraźna prośbę zainteresowanego. Uważam, ze każdy jest kowalem własnego losu, bo skoro ja dałam radę, nie mając nic na stracie to i inni mogą. Podobne grzechy widzę u przyjaciół i podobne u wrogów, bo różni nas tylko metoda rozwiązywania konfliktów moralnych.

Żyję w kulcie pracy. Uwielbiam pracować i nienawidzę jednocześnie. Praca określa mój byt jak żaden inny czynnik. Uwielbiam też się uczyć i robię to całe życie. Jak staje przede mną problem, to podejmuję wysiłek poznania. Nigdy się w nauce i pracy nie poddaję. W innych sprawach za to często. Łatwo mnie oszukać, bo nigdy nie zakładam, że ktoś mnie wyroluje. Pracuję nad tym.

Pierwszy raz w życiu mogłam głosować 4 czerwca 1989 roku. Miałam już świeży, zielony dowód osobisty z uśmiechniętą dziewczyną w okularach, kończącą prowincjonalne liceum. Nie były to moje polityczne początki. Od 15 roku życia działałam w ruchu ekologiczno-pokojowym Wolę być i byłam już zaprawiona w demonstracjach i zadawaniu pytań.
W 88 roku latem zapytałam na obozie dla zdolnych uczniów liceów „kiedy PZPR planuje samorozwiązanie“ potem było oburzenie i pogadanka, ale nikt mi nic złego nie zrobił. Spokojnie zadałam maturę. Gratulowali mi wszyscy, którzy wiedzieli jakie to ma dla mnie znaczenie, w tym komunistyczny dyrektor szkoły, smutny alkoholik w szarym garniturze. Wiedziałam, że było to szczere. Byłam pierwszą osobą w rodzinie mającą maturę i plany uniwersyteckie. Byłam dzieckiem ubogiej kieleckiej wsi. Pierwsze lata życia spędziłam w XIX wieku, studnia na podwórku, brak łazienki, brak butów na zimę, brak książek w domu, brak wszystkiego ale miałam wielki prezent wiejskich dzieci czyli wolność. Mogłam robić całymi dniami co chcę, a ja chciałam się uczyć i spotkałam nauczycieli mądrych jak cały świat i ten obecny i ten przeszły. Moi nauczyciele historii w wiejskich podstawówkach opowiedzieli mi jak przebiegają procesy historyczne. Nie wiem, czy dzisiaj głosowaliby na PiS ale na pewno wiedzieliby czym jest manipulacja. Byli światli, pochodzili z pokolenia które przeżyło wojnę.

Wiedziałam, że tylko z Lechem Wałęsą coś się zmieni, że może będę mogła kiedyś pojechać za granicę. W tym czasie nie miałam żadnych pieniędzy ani nikt w rodzinie ich nie miał. W 1989 roku byłam jednak przeszczęśliwa, że Polska się zmienia i pojechałam na obóz młodzieży chrześcijańskiej, by cale lato ewangelizować ludzi w Giżycku. Efekty tego były chyba żadne, poza zadowoleniem, że robię rzeczy dobre. Protestantyzm to był mój najlepszy wybór w życiu.
Nikt by mnie nie w 89 roku przekonał, by oddać głos na partie starego systemu. Nigdy. Kolejne lata chodziłam na wybory regularnie i klasyczną drogą- najpierw Unia Wolności, rozpacz po śmierci UW, potem Platforma Obywatelska z bólem coraz większym. Te wybory pokazują jak nie da się uciec od biografii pokoleniowej. Nie narzekam, nigdy nie oddalam głosu na żadną partię nacjonalistyczną, na żadną postkomunistyczną ani na ultrakatolicką. To jest mój powód do dumy.
W życiu spotkałam wielu ludzi dobrych, pomocnych i mądrych. Wielu z nich wyciągnęło do mnie pomocną dłoń, nie podzielając moich poglądów. Wierzę, że właśnie tacy, my Polacy jesteśmy. Szlachetni ponad podziałami, jedzący sałatkę z babcią pisowską i wujkiem postkomunistą przy jednym stole. Jeśli zapomnimy jak się to robi, to nikt nas nie uratuje. Jeśli pozwolimy dosypać trucizny do tej zupy, to umrzemy.

W moim życiu startując na samym dole drabiny społecznej udało mi się zajść tam, gdzie chciałam. Żyje jak chce i gdzie chce. Teraz mieszkam w Berlinie, ale nie wiem, czy to koniec moich pomysłów na adres. Czuje, ze zarządzam swoim życiem samodzielnie. Raz lepiej, raz gorzej ale na własny rachunek. Jestem odpowiedzialna i pracowita. Kalwin i Luter byliby ze mnie dumni. Państwu polskiemu zawdzięczam wszystko i od wielu lat spłacam ten dług wdzięczności. Wiele lat płaciłam uczciwie podatki a teraz w Polsce wydaję moje pieniądze.
Nie pozwolę na to, by obsesje jednego człowieka zmarnowały dorobek 25 lat pracy ludzi takich jak ja. Nie jesteśmy idealni ale sukcesu nie może nam odmówić nikt.
Jeśli chcecie z nami walczyć, to walczcie uczciwie. Nie podstępem, zmową i manipulacją. Jakże jesteście słabi, że boicie się wolnych mediów, normalnych wiadomości telewizyjnych! Kim wy jesteście by stawiać się ponad prawem i konstytucją?
I pamiętajcie, będziecie osądzeni bo sądzicie. Spotka was nienawiść, bo ją siejecie. Nie znacie tego kraju, który budzicie ze snu. Nikt go nie zna. Ja nie chciałabym go poznać.
Napisałam ku przestrodze.

Ula Ptak
13.03.2016, Berlin-Prenzlauer Berg

List zamieszczony w Gazecie Wyborczej w dniu 15.03.2016

http://wyborcza.pl/1,95892,19769479,kalwin-i-luter-byliby-ze-mnie-dumni.html

 

Advertisements